Ból, pot i łzy czyli motywacja.

e7a45df92604fa060ec4851d749d2965

Patrząc w lustro myślę sobie czasem – Jezu! Ale się zapuściłaś! Gdzie jest to ciało z dawnych lat ?! Co to w ogóle ma być ?! albo coś zwisa albo odstaje! 

Jestem leniem, przyznaje się bez bicia. To tylko i wyłącznie moja wina, że patrząc w lustro chce mi się płakać. Spokojnie, nie ryczę codziennie, czasem tylko mam spadek samopoczucia i najczęściej przed TYMI dniami. Co nie zmienia faktu, że moja postać, którą codziennie widzę w lustrze zmotywowała mnie do ogarnięcia mojego cielesnego bałaganu.

Najpierw ogarnęłam dietę. Zmieniłam śmieciowe jedzenie na warzywa,dużoooo warzyw, chude mięsko, ryż itp. nie znaczy to jednak, że czasem nie skubnę kawałek fast food’a – ale coca coli broń boże!!! No i najgorsze, że czasem muszę gotować dwa inne obiady, bo moja L. ryżu nie, kaszy nie, nawet za ziemniakami nie przepada. Uwielbia za to warzywa, kurczaka no i rybkę, więc generalnie je zdrowo tak jak my.

Teraz powolutku zaczęłam wprowadzać ćwiczenia i muszę stwierdzić, że jest hard!   Ciało które nie ćwiczyło tyle lat jest jak zardzewiały zamek, ciężko ruszyć, czujesz straszliwy opór i straszny ból a o pocie nie wspomnę. Małymi kroczkami do przodu – to sobie w głowie powtarzam.

  
Moja motywacja jak na razie chyba mi nie ucieknie, bo widzę ją codziennie w lustrze plus moja L. co jakiś czas mi przypomina, że mamusia jest największa w domu. Maluje rysunki na których ja zawsze jestem okrągła . Jak to mówią  – na córkę zawsze można liczyć.

PS. Jak można łatwo się domyślić ta w środku to ja.

 

Reklamy

Wiosna,ach to Ty?

„Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty”

Po dziwnej zimnie, której w sumie nie można nazwać zimą, bo śniegu było tyle co kot napłakał, raptem jeden dzień, nareszcie w powietrzu czuć  wiosnę. Radujemy się z L. strasznie bo w końcu będziemy mogły w promieniach słońca wycieczkować  i zwiedzać tutejsze parki, a jest ich całkiem sporo.

Dziś zaraz po śniadaniu wywlekłyśmy się z domu. Słoneczko świeciło cudownie i ptaszki za oknem zachęcająco ćwierkały. Obiad ugotowany, więc można a nawet trzeba wyjść.

Nie miałyśmy planu co będziemy robić, więc postanowiłyśmy wybrać się na plac zabaw, żeby troszkę spalić mamusine kalorie.

 

  

 Niestety ciepło było tylko za oknem i tylko w słońcu, bo jak tylko słońce się schowało to nosy zieleniały z zimna. Spacer jednak zaliczamy do udanych, załapałyśmy się nawet na mecz piłki nożnej. Panowie jednak więcej się kłócili niż grali. Było parę English’owych rodzin z dziećmi i jak widziałam jak cienko byli ubrani, to aż mi było jeszcze zimniej. Dzieci zakatarzone i kaszlące  a plecy na wierzchu brrr . Nie wyobrażam sobie wypuścić moją L. bez podkoszulka w taką pogodę. Oni są przewrotni, w zimie rozgogoleni a w lato potrafią w UGG’ach chodzić.

 

 Po takim długim spacerku obiad będzie zjedzony na pewno, nic tak nie wzmaga apetytu jak świeże powietrze.

Niedziela zaczęła się wspaniale.

Życzę Wam również udanej Niedzieli.

Dylematy matki kucharki.


Czy zdarzają się Wam matkom (może ojcom też )dni kiedy to budzicie się rano i nie wiecie co zrobić na obiad?! Wasz mózg świeci pustą i nawet w dobie internetu nie jesteście w stanie temu zaradzić? Taki dzień dziś miałam ja….o zgrozooo!!

Pomidorowa,ogórkowa,rosół czy pieczarkowa? A drugie?! Co na drugie?! W mojej głowie głębiły się nazwy potraw, ale gdy pytałam się mojej L. na co z mojej listy standardów kulinarnych ma ochotę to słyszałam- to już było,tego nie lubię itp. – i jak tu sprostać wymaganiom takiego kulinarnego krytyka?!

Nawet wycieczki do kuchni i kilkukrotne zaglądanie do lodówki oraz zamrażarki nic nie dały….

Ile razy można jeść to samo, ja wiem że L. mogłaby jeść schabowe z kurczaka i mizerie codziennie no i plus pieczarkową zupę, ale ja już patrzeć na to nie mogę.

L. wymyśliła !!

Wpadła do mnie do łazienki, kiedy to siedziałam na toalecie (bycie matką niestety obdziera nas z prywatności, nawet w takich momentach)  i oświadczyła mi tonem rozkazującym – dziś ma być ziemniaczanówka !!! ( czyli zupka z ziemniaków i marchewki) a na drugie co księżniczka sobie życzy– zapytałam. Ona z wielkim oburzeniem – no jak będę wiedziała co chcę to Ci powiem, a teraz czy mogłabyś już wyjść z toalety bo teraz moja kolej. Zawinęłam się do kuchni i zabrałam się za zupkę, przynajmniej jedno danie obiadowe miałam z głowy.

Moja kulinarna cisza nie trwała jednak długo oooo nie, po paru minutach do kuchni wparowała L. i zaciągnęła mnie siłą do salonu, gdzie został mi zademonstrowany taniec gimnastyczno- piosenkarski. Później otrzymałam autograf i mogłam wrócić do kuchni.


Kiedy gotowanie zupy dobiegło końca, zabrałam się za drugie. Skoro nie dostałam wytycznych z góry, postanowiłam pójść na łatwiznę i zrobiłam schabowe z kurczaka ehh kolejny raz…jak nie wiesz co zrobić na obiad to zrób schabowe z kuraka- od dziś to moje hasło przewodnie.

Dzisiejsze jakże ciężkie kulinarnie-umysłowo zadanie zostało wykonane uff…

Tylko co ja na drugie danie zrobię jutro?! Jezuuuu  mam nadzieje że nie schabowe!!

Bo po mimo deszczu fajnie jest!

English’owa pogoda – nie trzeba jej lubić, ale trzeba umieć z nią żyć.

Pogoda w Anglii nie rozpieszcza niestety. Jedyne wyjście to przyzwyczaić się i przestać narzekać. Oczywiście najwięcej marudzą dorośli, bo dzieci uwielbiają zabawy w kałużach, wygłupy z parasolem itp.

Koniecznością jest  wyposażanie swojej szafy w dobrej jakości parasol (nie jakiś badziew z funciaka), kalosze i oczywiście kurtkę przeciwdeszczową, to są podstawowe rzeczy bez których anie rusz.

Moja L. deszczu się nie boi, stawia mu czoła bez strachu a wręcz z wielką radością. Najgorzej zawsze oczywiście mam ja, bo muszę nie dość że trzymać parasol to jeszcze torby z zakupami, swoją torebkę i  jeszcze lalkę albo i dwie. Przecież  L. nie może trzymać lalki i jeszcze parasola, przecież to nie wykonalne, ale mama to już co innego, mama to Robocop, mama umie wszystko! Ostatnio zabrała na zakupy lalkę Baby Born… można sobie wyobrazić jak ciężko było mi ją nieść, bo do torebki się zmieścić nie chciała. Są to jednak takie małe szczegóły, bo ogólnie lubię patrzeć jak L. jest szczęśliwa gdy  lata po kałużach.

IMG_1941

 

Chodź ulepimy dziś bałwana

Czy jest dziecko które nie lubi szaleństw na śniegu, chyba nie ma takiego. Mieszkamy w Anglii i niestety tutaj śnieg to rzadkość, a jak już się pojawi to serio jest go tak mało, że zaczyna się walka o skrawek ziemi na której leży. 

W tym roku myślałam, że śniegu wcale nie będzie – a tu surpriseeee!!! Spadł i to całkiem obficie.

Moja L. jak tylko to zobaczyła to śniadanie zjadła expresowo – jeszcze nigdy tak szybko nie zjadła śniadania. Również ubieranie przebiegło super hiper szybko, ja jeszcze byłam w pidżamie a ona już przy drzwiach stała w full wyposażeniu. Pierwszy raz w życiu to ona pospieszała mnie, jak to dziwnie brzmi w ogóle. Zero jęków, płaczu i moich nerwów.

Ach żeby tak było zawsze… rozmarzyłam się troszkę.

Pomijając mój zachwyt tą wspaniałą chwilą

Zabrałyśmy chleb dla naszych zaprzyjaźnionych kaczek i wyruszyłyśmy ku przygodzie.


Oczywiście nie obyło się bez drugiej pary rękawiczek, ale dzięki temu ulepiłyśmy naszego pierwszego w tym roku bałwana. Nie chwaląc się, był to najlepszy snowman na dzielnicy. Anglicy to są słabi w te klocki, nawet odśnieżanie im kiepsko idzie.

Podczas godzinnego spacerowania odbyło się kilka wojen na kulki,  zdarzyły się 4 niekontrolowane wywrotki.  Nastąpiło również wdepnięcie na „minę” dużego kalibru, która była bardzo dokładnie przysypana śniegiem, przez co nie była widoczna dla ludzkiego oka. Dobra wiadomość jest taka, że ofiar nie było, kaczki zostały nakarmione wzorowo i koleżka został ulepiony. Zadania wykonane, czas wracać do domu. Obiad sam się przecież nie zrobi. A zadzierać z głodnym dzieckiem to ja nie chcę, bo po co psuć taką piękną Niedzielę. A dziś standardowa pomidorowa i koniecznie z ryżem. Ulubiona zupeczka mojej L.

Smacznego! Miłej Niedzieli.

Zakupy z dzieckiem. Jak to ogranąć szybko i bezboleśnie.

shopping

Zakupowy koszmar!

Dla jednych to bułka z masłem a dla innych nie lada wyzwanie. O czym mowa? O wypadzie na shopping z dzieckiem.

Czy będzie to szybka wyprawa, czy nie o tym decyduje dziecko, takie są niestety realia. Nie ma złotego środka. Albo przygotowujemy się do tego  i to wygramy, albo dziecko da nam ostro popalić.

Po pierwsze nigdy nie wychodźmy z głodnym dzieckiem na zakupy. Czizas to jest jedna z fundamentalnych i najważniejszych zasad. Bo przecież, jak człowiek głodny to zły! Najpierw obiadek później zakupy. Jeśli nie da rady zmusić tego małego monstera do jedzenia, to pamiętajmy aby zabrać w torebkę jakieś pożywienie oraz wodę do picia. Niestety my matki musimy mieć w naszych torebkach różne dziwne rzeczy, na każdą ewentualność.

Po drugie koniecznie, nawet ze stanowczym wymuszeniem – toaleta. Bo nawet jeśli dziecko mówi, że nie chce to i tak na bank chce. I jak tylko przekroczymy drzwi sklepu, to ono wyjedzie z tekstem, że chce do wc. Tak więc bez litości toaleta przed wyjściem.

Po trzecie ustalmy zasady jeszcze przed wejściem do sklepu- najpierw mamusia robi zakupy, a później idziemy oglądać zabawki. Oczywiście w nagrodę, za ciche i grzeczne zachowanie. U nas to sprawdza się idealnie. Wcześniej podczas zakupów był chaos, bo najpierw ona leciała na zabawki i stałyśmy tam chyba z godzinę, a później, kiedy ja robiłam zakupy to marudziła, że chce do domu bo już za długo. Teraz jest o wiele, wiele lepiej.

Po czwarte zróbmy listę zakupów. Najgorsze to iść na zakupy bez listy – wydamy dużo więcej pieniędzy niż zamierzamy i będziemy się na dodatek błąkać po sklepie i szukać nie wiadomo czego. Tak więc LISTA, LISTA LISTA.

Po piąte – dzieci lubią pomagać i być zajęte, więc możemy znaleźć im zajęcie np. wchodzimy w alejkę z chlebem i dajemy dziecku zagadkę- „hmmm musimy kupić chleb, gdzie jest ten chleb? czy widzisz Nasz ulubiony chleb? bo ja go nie widzę?” gdy dziecko znajdzie pochwalmy je „Wow! co ja bym bez Ciebie zrobiła, dziękuje za pomoc…” itp.  Na moją mała działa też jak weźmie jakąś zabawkę ze sklepowej pułki i nosi ją po sklepie.

No i na koniec coś co powinno być w sumie na samym początku – uczmy nasze dzieci, aby nie oddalały się od nas nawet na krok. Najlepiej jakby się trzymało wózka jedną ręką. Wiem, że to ciężkie kiedy ma się rozbrykane małe potworki, najchętniej by się je taśmą klejącą przymocowało do wózka, niestety tak się nie da… a szkoda.  Pamiętajmy, chwila nie uwagi i może się to skończyć tragicznie. Świat jest okrutny, zły, paskudny i musimy to niestety naszym dzieciakom uświadamiać. Są na świecie źli ludzie i nawet nie wiemy jak blisko nas mogą oni się czaić. Bądźmy odpowiedzialni.

 

Konsekwencja w wychowaniu, jak to łatwo powiedzieć…

8ecd31d94d24f30c9fd6165e87d6ce61

Każdy rodzic chce, aby jego dziecko wyrosło na poukładanego, samodzielnego młodego człowieka. Jednocześnie chcemy być dobrymi i kochającymi rodzicami. Czy te dwie kwestie da się pogodzić? 

Wychowanie dziecka nie jest takie łatwe jakby się wydawało. Nie wystarczy ubrać i dać jeść. W wychowanie trzeba zainwestować tonę cierpliwości, wyrozumiałości i miłości, ze szczyptą wiedzy, chodź raczej działamy po omacku – ja mam takie wrażenie czasem, że sama nie wiem co robię, ale i tak to robię. Ile to zarazy chcąc konsekwentnie czegoś ją nauczyć słyszałam – ” mamooo nie kocham Cię, jesteś nie dobrą mamą!” Wiem, że nie myślała tak na serio, bo to był tylko wybuch emocji. Dlatego ja, w takim wypadku mam zawsze standardową odpowiedź -” a ja Ciebie kocham i będę kochać zawsze, nie ważne co zrobisz i powiesz.Pamiętaj!”

W zasadzie mam wrażenie, że jestem za miękka. Muszę się przyznać, że mojej córce udaje się mnie czasami urobić. Staram się z każdym dniem być bardziej konsekwentna w działaniu, ale nie zawsze mi to wychodzi. Czasem, jak ona spojrzy tymi płaczącymi, smutnymi oczkami to serce pęka – no i co ja wtedy mogę – poddaje się. Wiem, że dzięki naszemu konsekwentnemu działaniu, które oczywiście dzieciakom nie odpowiada, wychowamy nasze dziecko na samodzielnego, odpowiedzialnego człowieka. Dziecko musi zrozumieć, że w życiu nie zawsze jest różowo i nie wszyscy będą nad nim skakać cały czas. Brzmi strasznie, ale niestety prawda jest nie zawsze kolorowa.

Ja już teraz wiem, że popełniłam dużo błędów wychowawczych. Wyręczałam moją gwiazdę we wszystkim. A to mamusia ubierze, nakarmi, posprząta a to tylko dlatego bo chciałam jej pomóc no i przecież ja robię to 10razy szybciej niż ona. Teraz wiem, że tym sposobem robiłam jej krzywdę. Wszystko wyszło w praniu, kiedy poszła do szkoły i tam musiała opanować wszystko sama, bo inne dzieci robiły to, a ona nie. Nauczyła się życia w tempie błyskawicznym.

Wprowadziłam niedawno pewną zasadę do naszego życia, ponieważ pomału traciłam kontrole nad moim małym złośnikiem. Wykonanie mamusinego/tatusiowego polecenia nagradzane jest stikersem (w naszym rodzinnym żargonie, jest to taka mała naklejka z uśmiechem), zjedzenie obiadu, ubranie się bez marudzenia itp. Za każde dobre zachowanie  otrzymuje stiksy, które umieszcza na tablicy. Pod koniec tygodnia jest z nich rozliczana i dostaje wtedy nagrodę. Bardzo się cieszy kiedy dostaje nalepki, to ją motywuje bardzo do działania bo wie, że pod koniec tygodnia otrzyma jakąś pierdółkę do zabawy.


IMG_0943

Moja mała potwora wychowała sobie nas, a nie my sobie ją. Tak mała refleksja na koniec.

A IDŹ Z TĄ KONSEKWENCJĄ…!

 

 

Usypianko…

Codziennie przychodzi ten moment, kiedy to nareszcie dziecko idzie spać. Każda z nas ma już wypracowane rutynowe działania, aby szybko sprawnie ululać darmozjada. Ja pochwalę się, jak to „wspaniale” wygląda u mnie. 

Moja còrka talent aktorski ma na bardzo wysokim poziomie. Jest sprytną, przebiegłą wymuszaczką. Łzy dla niej to nie problem. Okazuje mi to każdego wieczoru i nie tylko. No ale do rzeczy. Przychodzi upragniony wieczór. Zaczynamy więc rutynowe działania wieczorne, mające na celu szybkie i sprawne pozbycie się dziecka na resztę wieczoru. w skrócie – akcja spanie.

Etap pierwszy –  pomijając mycie, ubieramy pidżamkę. Ona skacze i robi różne wygibasy. Ja w tym czasie, pomagam jej założyć koszulkę i spodenki. Następnie czeszemy włoski.

Kolejny etap to wybieramy co robimy przed snem. Daje jej wybór, żeby później nie było płaczu. Sama wybrała, wiec zero zażaleń.

Do wyboru mamy:

– bajeczka lub śpiewanie plus drapanko. Drapanie wybranych przez dziecko partii ciała – plecki, brzusio, boczki.

– wygłupki na łóżku (taniec,skakanie,zabawa w gilotki, zabawa misiami itp).

– ostatnio również u nas w modzie – mamo opowiedz mi o sobie? lub opowiedz jak poznałaś tatę?

Wybiera jedną opcję i później ma być spanko. No i tutaj moja córka staje się właśnie mistrzynią  w wymuszaniu. Udawaniu i sprytu. Bo jak skończy robić to co wybrała, to szuka sposobu jakby tu nie iść spać. I się zaczyna :

-Mamusiu ja bez jeszcze jednego drapanka nie zasnę.

lub

-Mamusiu jeszcze jedna bajka bo ta była za krótka.

a nawet coraz częściej wylatuje z tekstem

– Mamusiu jestem głodna!!!

i tak mogłaby ciągnąć w nieskończoność. Jednak wszystko ma swoje granice. Nawet usypianie. Kolejne próby wymuszenia i błagania kończą się tym, że daję ostatniego buziako-przytulaska i wychodzę. Bo ile jeszcze mogę wytrzymać tego jęku i „udawanego” płaczu. Ona bez żadnego „ale” zasypia sama. I kiedy myślę, że już śpi słyszę wołanie z pokoju

-Mamooo chcę siku !!!!!

Myślę sobie

– Are you fucking kidding me ?!!!

Otwieram drzwi od jej pokoju. I co widzę. Siedzi smrodek  na łóżku , zadowolony z siebie.

grrr!!

IMG_1470

Dobra idziemy do kibelka robimy co musimy i do łóżka. I znowu buziaczek-przytulasek i dobranoc !!!

Tak właśnie wygląda usypianie u Nas w domu. Totalne dno. Gdzie podziały się dni, kiedy dałaś butelkę z mlekiem i dziecko samo odlatywało. Pocieszam się tym, że z tego wyrośnie w końcu.

 

Powrót ze szkoły i akcja obiad.

Nie wiem czy tylko ja mam tak, czy jest ich więcej, ale moje dziecko jest… no czasami po prostu jest nie do wytrzymania. Szczególnie objawia się to u niej, gdy przychodzi ze szkoły. I oto przed Wami, sytuacja codzienna w domu naszym wspaniałym.  

Kiedy wracamy ze szkoły fajnie jest. Mała się cieszy bo idzie do domu z mamusią i wszystkim dopisują humorki. Prawdziwa akcja zaczyna się dopiero po przekroczeniu progu domu. Rozbieramy się. Przebieramy. Myjemy łapki. Księżniczka idzie do swojego pokoju  przywitać się ze swoimi podwładnymi –  zabawkami. Ja kierunek kuchnia i szybkoo…szybko obiad!

Dlaczego szybko?

A no bo nie mija 5 min, do kuchni wpada najbardziej wygłodniałe dziecko świata.

-Mamo kiedy obiad?!

Ja grzecznie tłumacze, że za 20min bo właśnie podgrzewam.

Ok. Poszła. Nie mija kilka sekund. Wróciła.

-Mamo?! A daj coś słodkiego!

No jasne, jeszcze czego! Mówię, że zaraz obiad i musi się wstrzymać, a słodkiego nie dam bo nie zje obiadu.

-Mamoo zjem obiecuje.

i tak stoi i jęczy

-Mamoo proszeeee,pleassss!!

Wypraszam ja z kuchni, bo jeszcze chwila i znajdę się w kronice kryminalnej. Grrrr!

Ona nie daje za wygrana i jak bumerang wraca.

-Mamooo!! no kiedy obiad bo umieram z głoduuuu!!!

-Mamusiu bo nie wytrzymam już dłużej i umrę!!!!

No comment -.-

Gryzę się w język, aby nie wybuchnąć. Pytam się czy jadła lunch w szkole. Oczywiście mówi, że zjadła. Ja wiem swoje, jak wraca taka umierająca z głodu to na bank nie zjadła. A teraz stoi i jęczy i plącze się pod nogami. W końcu obiad na talerzu. Idziemy jeść i wiecie co się okazuje. Zjada z trzy łyżki zupy i mi oznajmia, że już się najadła. W tym momencie krew mnie zalewa, bo jeszcze dwie minuty temu umierała z głodu!!! Moja złość w tym momencie podniosła się na niebezpieczny poziom. A najlepsze jest to, że wiem jakie pytanie zaraz padnie z jej ust. Oj nie moja panno!! Wyprzedzam jej słowa  i oznajmiam, że jak nie zje to niech zapomni o słodyczach. I wtedy, jakby za sprawa magicznej ròżdżki, zupa zostaje zjedzona a nawet i drugie danie.

Misja obiad po ciężkiej walce, pocie i łzach nawet  – zakończona zostaje sukcesem!!

Wierzcie mi, że mam tak prawie codziennie. Nie licząc Sobót i Niedziel, wtedy jest w miarę normalnie. Aczkolwiek, czasami mam wrażenie, że u Nas w domu to nic nie jest normalne.

 

Pobudki

Nie lubię wcześnie wstawać i dar ten po mnie odziedziczyła moja ukochana L. Obudzić ją do szkoły do jest nie lada wyczyn. Myślę jednak, że nie tylko ja borykam się z tym problemem. Matki 5-cio latków mają przekichane.

U Nas wstawanie do szkoły jest jeszcze „lepsze” niż wychodzenie z domu. Szczególnie w Poniedziałek po weekendzie pełnym lenistwa. Ja sama jestem leniuchem, też nie mam łatwo, bo przecież po latach wstawania skoro świt, trzeba to w końcu odespać. Budzik dzwoni a Ty się modlisz o jeszcze kilka minut. Niestety nie ma lekko wstać trzeba.

Dziecko do szkoły idzie helloooo?!

Podnoszę się i widzię śpiące słodko dziecko – tak czasami śpi z nami. Zdania są podzielone czy to dobrze czy nie – ja uważam  że od czasu do czasu można sobie na to pozwolić.

Wracając do wstawania. Widzę ją jak słodko śpi – aż żal budzić.

Następuje pierwsze podejście – mówię cicho do uszka – kochanie wstawaj czas do szkoły. Ona nawet nie reaguje. Zapalam światło. Idzę do łazienki się wyszykować. Ona nawet się nie poruszyła. Czas na drugie podejście. Nadal pół głosem mówię żeby wstawała. Ona się przeciąga i prosi o jeszcze 5 min.

O nie moja Panno swoje 5 min to miałaś 5 minut temu!!

Podnosi się i pół przytomna pyta się – mamoo a pobawisz się ze mną?

Ręce opadają mi do podłogi ledwo widzi, a chce się bawić. Tłumaczę, że nie ma szans bo muszę zrobić śniadanko i ją ubrać. Ona nadal walczy i prosi Cię z oczami pełnymi łez.

Myślę sobie wtedy – bądź stanowcza !! bądź stanowcza !! Chociaż raz bądź stanowcza – udało się !!! Obrażona idzie bawić się sama. Uff.

A ja szybko kuchnia, śniadanie, kawa i szykowanie ubrań. No i się zaczyna. Trzeba tego potworka teraz ubrać.

Jezuu!! – myślę –  będzie ogień!!

Wołam ją aby przyszła się ubrać- cisza. Jeszcze raz wołam. Ona krzyczy ze swojego pokoju – zaraz  jeszcze chwilka bo się teraz bawię!!!

Nie wytrzymuje.

Idę po nią. Biorę uparciucha za ręce i do pokoju marsz ubierać się. Ona walczy, ale w końcu się poddaje. Ubiera się i czesze w ciszy, oczywiście wielce obrażona. Jeszcze tylko kurtka i buty i wychodzimy.

Witaj Poniedziałku – Tak bardzo Cię lubię!!!!!!